O cyfrowych tubylcach. Część druga

Wbrew pozorom o cyfrowym tubylcach wiemy niewiele. Próbujemy co prawda badać i opisywać pokolenie osób socjalizowanych od urodzenia z udziałem komputera, ale każda kolejna próba ukazuje raczej naszą bezradność. Tak naprawdę nie wiemy, co ze smartfonem robią nastolatkowie i jak doświadczają “wirtualność” uczniowie szkoły podstawowej. Problem jest poważny i wiąże się ze sztuką przekazywania informacji między kulturami pokoleń.

W poprzednim tekście napisałem, że to, co najważniejsze w określaniu tubylczości wiąże się z oznaczeniem omijającym parametry fizyczne. Podpierałem się przy tym analizami Arjuna Appaduraia, w których pojawia się teza, iż najistotniejsze przekonanie o tubylczości wiąże się z uzasadnianiem “zniewolenia” autochtonów - posiada ono bowiem wymiar intelektualny i moralny. Istota tubylczości w takim rozumieniu wiązałaby się zatem z tym, co tubylcy czują, wiedzą, w co wierzą.



Wspominałem również o powszechnym wyobrażeniu tubylczości - o immobilności. Zaznaczyłem jednak, że unieruchomienie tubylców obserwowane i opisywane jest przeważnie przez kolonizatorów, antropologów, podróżników, innymi słowy cecha ta jest względna - zależy od punktu widzenia przybywających z zewnątrz. Odniosłem się również do specyfiki unieruchomienia. Znane są grupy, dla których ruchliwość jest warunkiem przeżycia (m.in. Pigmeje, Buszmeni, Aborygeni, Czukcze), stanowi też element tożsamości kulturowej nomadów. W tym sensie mobilni tubylcy powiązani są nie tyle z miejscem, co z pewnym układem miejsc, czy znanymi sobie przestrzeniami.

Klasyka, głupcze!

Powróćmy do pytań z poprzedniego wpisu. Dlaczego czytanie klasycznej antropologii kulturowej i etnologii wydaje mi się ważne dla zrozumienia fenomenu cyfrowych tubylców? Po pierwsze - nie wyobrażam sobie badania kultur, w tym badania kultur różnych pokoleń, bez sięgania do zasobu metod, którymi posługiwali się pionierzy badań terenowych. Po drugie - opisywanie zaobserwowanych w “rzeczywistości wirtualnej” zjawisk - nie może się obyć bez swobodnego operowania siatką pojęć antropologii społecznej, choćby tak “oczywistymi” terminami jak: przekonania, wierzenia, metafory, tabu, zakazy, rytuały, symbole, alegorie.

Zobaczmy jak może “pracować” jeden z wyróżnionych przez mnie warunków w badaniach nad kulturą cyfrową i opisywaniu życia cyfrowych autochtonów. Sięgnijmy do klasycznej metody “eksploracji” społeczności pierwotnych. Nie obędzie się bez przywołania dwóch emblematycznych postaci i powiązanej z nimi praktyki obserwacji uczestniczącej. Mowa o Bronisławie Malinowskim i Franku Cushingu. Wymieniam dwa nazwiska, choć napiszę za chwilę o wątpliwościach związanych z badaniami amerykańskiego antropologa. Przy okazji - styl pracy terenowej oparty na głębokim wejściu w badaną społeczność powszechnie kojarzony jest z badaniami Malinowskiego - nie bez powodu. Pamiętać jednak należy, że to Frank Cushing, na długo przed przybyciem Polaka na Wyspy Triobrandzkie, zaczął badać tą metodą Indian z plemienia Zuni.

Casus Cushinga i Indianie Zuni

To właśnie życie Cushinga z tubylcami Zuni i badania, które realizował w latach 1879-1894, wydają się być ciekawym odniesieniem dla współczesnego myślenia o eksploracji terenowej w tzw. rzeczywistości wirtualnej. Cushing, obcując z autochtonami, odczuwał niepewność, co do jakości prezentowanych obrazów w relacjach terenowych. Innymi słowy, domniemywał, że będąc “nie stąd”, zniekształca rzeczywistość Indian z plemienia Zuni. Nadzieją na zmianę okazało się ukoronowanie Franka Cushinga godnością kapłana Tęczy - najwyższego obiektu kultu Zuni. Po wydarzeniach wyniesienia i wyjątkowej akceptacji przez tubylców, amerykański badacz, miał coraz mniej do powiedzenia społeczności antropologów. Okazało się bowiem, że jako kapłan stał się przedmiotem, a nie podmiotem studiów antropologicznych (por. Zygmunt Bauman, On Education. Conversations with Riccardo Mazzezo, 2012).

Prezentując historię Franka Cushinga chcę nie tyle dać wyraz niepewnościom nadbudowywanym od lat w obrębie tzw. metodologii nauk społecznych (w tym sensie nie wymyśliłem nic nowego, mało tego powieliłem stare lęki i wątpliwości), co pokazać, iż czerpanie garściami z doświadczeń badaczy końca XIX i początku XX wieku może stanowić pożytek dla formułowania zaleceń dotyczących strategii przyglądania się cyfrowym tubylcom.

Gdzie więc jesteśmy i gdzie możemy być w zakresie badania kultury cyfrowej i “cyfrowej tubylczości”? Wydaje się, że jesteśmy w momencie, w którym narosło w nas przekonanie o ograniczonych możliwościach poznawania “rzeczywistości wirtualnej”. Wyrazem tej ograniczoności są niepewności - chciałoby się powiedzieć - ontologiczne (referowane choćby poprzez po wielokroć zadawane pytania: co to znaczy “realne”, co to znaczy “wirtualne”?), ale również wątpliwości, co do o roli badacza tej rzeczywistości (i znowu - konstatacja ta nie wnosi nic nowego do zasobu wiedzy w zakresie metodologii badań społecznych w ogólności - rola badacza była dyskutowana przez dziesięciolecia). Casus Cushinga pokazuje nam jednak, że etnograficzne koncepcje badania nastolatków w sieci (umiejscowienie badacza) to broń obosieczna - zniekształcenia w wyrysowanym obrazie są nieuniknione.

"Poddaj się i przechwyć"

Czy nie ma jednak nadziei? Czy jest trzecia droga? Jeśli przyjmiemy (taką tezę formułuję), że niewiele wiemy o pokoleniu ludzi socjalizowanych z udziałem komputerów od urodzenia, a powodem tej “niewiedzy” są problemy natury epistemologicznej i metodologicznej, to co zrobić, żeby wiedzieć więcej, żeby rozumieć/zrozumieć cyfrowych tubylców?

Być może pomysłów należy szukać w sztuce przekazywania informacji między kulturami. To oczywiście jedynie sugestia - ale niech będzie, zaryzykuję - będzie “pedagogicznie”. Posłużę się strategiami Kurta Wolffa i Norberta Eliasa - pomysłami na “porozumiewanie bez szkód”. Obie strategie opisał wcześniej Zygmunt Bauman (2012), pierwszą - Kurta Wolfa - nazwał metodą “poddania się i przechwycenia”, drugą - Norberta Eliasa - strategią “zaangażowania i neutralności”. Poddanie się i przechwycenie ma polegać na wejściu w wybraną kulturę najgłębiej jak to możliwe, zbadaniu jej i powrocie do domu z bogatym łupem. Druga metoda wymaga ciągłego manewrowania między skrajnościami - bieguny to: pełne utożsamienie się z Innym i całkowicie odcięcie się od innego. Ważne jest jednak tutaj, aby skrajności dotykać, doświadczać, i wracać w neutralne pole.

Wątpię, czy któryś prezentowanych pomysłów daje gwarancję na nowe otwarcie. Nie mamy jednak innego wyjścia - w obliczu coraz bardziej “niedopasowanych” interpretacji “rzeczywistości wirtualnej” należy próbować zrozumieć kulturę cyfrowego pokolenia na tyle, na ile jest to możliwe.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...